Do Brennej… też na głowie

Kilkanaście dni temu wróciłem do wczesnej młodości, by opowiedzieć jak to się 30 lat temu jeździło nad morze na wakacje. To było każdego sierpnia. Przez cały rok natomiast pociągiem jeździło się wtedy z Katowic w najbliższe przyszłej metropolii góry, czyli Beskidy. Nawet do… Brennej.


Oczywiście, nigdy do Brennej nie dało się dojechać koleją, bo po przesiadce w Skoczowie ostatnio odcinek „robiło” się PKSem. Ale nie pamiętam, by kiedykolwiek ktokolwiek z moich znajomych pojechał z Katowic do Skoczowa czy z powrotem autobusem. Urok oliwkowej bipy i tradycyjnego nadmiaru chętnych do wyjazdu w Beskidy miał swój urok. Tym bardziej, że jadąc do Skoczowa jechało się dość szybko i sprawnie i, choć brzmi to paradoksalnie, nikt nie przypuszczał wtedy, że z Chybia do Skoczowa będziemy w kolejnym wieku pędzić aż… 30 km/h. I jeszcze trochę z tą galaktyczną prędkością popędzimy, bo nikomu nie jest wstyd, że taka sytuacja ma miejsce w województwie – mającym podobno jakieś aspiracje.

A co do samej Brennej… Pamiętam jak pewnego razu gdy z gospodarzem, który pozwolił nam rozbić namiot na jego terenie, raczyliśmy się wspólnie najbardziej powszechną wtedy walutą, za którą zresztą otrzymaliśmy pozwolenie na biwakowanie, tenże powiedział (gdy waluta miała się ku końcowi), że pamięta, że gdy jeszcze jeździły składy spalinowe to w Brennej było słychać, gdy pociąg odjeżdżał ze Skoczowa. Cisza nastąpiła wraz z nastaniem na torach elektryczności. Kurtuazja i wdzięczność za gościnę nie pozwalała polemizować z tą teorią. Choć, kto wie… Może faktycznie tak było.

Powrót w sobotnie czy niedzielne popołudnie przypominał wspominaną ostatnio podróż do Łeby. Tradycją jednak było, że po kilku godzinach w Brennej, w Skoczowie w przydworcowym barze odbywała się konsumpcja. Nigdy nie zapomnę czarnych tablic na które wpinano kremowe, plastikowe literki, które miały ułożyć się w nazwę posiłku. Ponieważ wtedy nikomu nie zależało na dogłębnej informacji co oferuje kuchnia, więc na czarnej tablicy proponowano „nerki wiep chleb”, „parówki na g” czy „fasolę po bret”. A pojeść sobie trzeba było, bo nadchodziła godzina prawdy.

Godziną prawdy był wjazd pociągu z Wisły do Katowic. Pamiętam, że dwie oliwkowe bipy były już tak nabite, że wstęp do którejkolwiek z nich graniczył z cudem. Próbowaliśmy np. ten sposób, że rozpędzało się na peronie i na tzw.”przebiśniega” wpadało się w losowo wybrane drzwi. Ci jednak którzy już byli skomasowani w piętrusie robili wszystko, by nasze próby storpedować. I często wygrywali. Odbijaliśmy się jak piłeczki i lądowaliśmy z powrotem na peronie. Czasami się udawało i choć stało się na jednej nodze bez żadnego związku z grawitacją, to ta godzinka i kwadrans do Katowic mijała z poczuciem wiktorii. Jak się nie udało, za godzinę był kolejny pociąg w kierunku dzisiejszej metropolii i kolejna próba. Drugie podejście było zazwyczaj udane bo desperacja i widmo kombinowania powrotu do domu z przesiadkami w należyty sposób wpływała na mobilizację, by jednak do tego pociągu wsiąść.

Dzisiaj taka wyprawa do Brennej też jest możliwa. Oczywiście, bez „przebiśniegów” i innych dzikich zasad. Co prawda nasz „kapitalizm” komunikacyjny sprawił, że 1500 przewoźników obsługuje 1500 linii w miejscowości liczącej 1500 mieszkańców. I kto wie, ile to jeszcze potrwa. A może spróbować stworzyć połączenie kolejowo-autobusowe np. na wspólnym bilecie czy taryfie. Trasa Katowice – Skoczów – Brenna jest jednym z najlepszych przykładów w naszym województwie, by taką kombinację starać się zrealizować. Tak, była przez ostatnie lata taka próba, ale działanie polegające na skomunikowaniu jednego połączenia dziennie na linii Koleje Śląskie – Transkom wyszły jak jakaś efemeryda wyjęta z samego dna absurdu . Było to tak skuteczne jak próba okrzyczenia kogoś na koncercie grupy Metallica. Bez ładu i składu. Autobus nie czekał na podróżnych w przypadku opóźnienia pociągu. Więc do niczego takie skomunikowanie. Dobrze, że już go nie ma.

Ale droga do podjęcia kolejnej próby zastosowania takiego rozwiązania jest otwarta. Powoli, z głową. Grunt, by rozsądnie. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę, że ewentualna taka inicjatywa trafi na 1500 kolejnych przeszkód. Bo się nie da, bo to, tamto czy siamto. Ale cóż… Jak się nie spróbuje, to się nie dowie.

Jerzy Gościński

ppz: Dworzec w Skoczowie

ZDJĘCIE: Mariusz Janoszek

One comment

  1. Kiedyś pociąg z Czechowic Dz do Chybia/Zebrzydowic ok godz 14/15 jeździł w zestawianiu trzech składów EN57 do dziś pamiętam te tłumy wsiadające/wysiadające.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *