Do Łeby na głowie

Dawno, dawno temu, w sezonie wakacyjnym kilka minut po 20-tej  z peronu 3 lub 4 katowickiego odjeżdżał chyba najbardziej niezwykły pociąg jakim przyszło mi jechać. Sezonowy kurs do popularnego kurortu, 12-13 wagonów na haku „siódemki”. Tymczasem nikt do niego w największym mieście regionu nie wsiadał. Bo w Katowicach do pociągu Bielsko-Biała – Łeba już się wsiąść nie dało.


Patrząc na dzisiejsze TLK Wydmy, które często rano widuję w Tychach gdy wracają znad morza i nie mieszczą się bodajże czterema wagonami w trzecim peronie to myślę sobie, ze jednak kolejowy świat się nieco skurczył. Samochody, autobusy, lotnictwo – każda z tych gałęzi transportu jest zupełnie w innym miejscu niż 30 lat temu. Kolej chyba straciła jednak najbardziej, bo mówimy o pociągu który zwozi do naszego regionu ludzi z dwóch bardzo popularnych miejsc nad polskim Bałtykiem – Łeby i Półwyspu Helskiego. Kiedyś to nie pociąg nie mieścił się w peronach lecz podróżni w pociągach.

Dlatego takie coś jak TLK Wydmy na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku nie miałoby racji bytu. Bo to co dzisiaj jeździ do dwóch popularnych kurortów i jest dzielone w Gdyni, wtedy taką samą ilością wagonów wjeżdżało rankiem dosłownie wypełnione pod sufit do samej Łeby. Drugi taki bardzo długi skład kursował do Helu. Na półwysep był też pociąg… osobowy. Z Mysłowic zresztą.

Krótko. Tak, wiem, ze 30 lat temu nie było autostrad, wejście w posiadanie samochodu było majstersztykiem, bądź wynikiem posiadania odpowiednich znajomości. Chorwacja była znacznie dalej od Katowic niż dzisiaj, choćby dlatego, że jej wtedy nie było, a ówczesna Jugosławia bardziej kojarzyła się z handlem niż wypoczynkiem. Można tu wymienić jeszcze tysiąc powodów, z racji których było wtedy inaczej.

Wsiadanie? W Katowicach niemożliwe. Wraz z przyjaciółmi każdego roku jeździliśmy do Bielska-Białej, gdzie pociąg był podstawiany, bo to tam rozgrywała się walka o to czy się pojedzie czy nie nad morze. Potem może jeszcze w Pszczynie czy w Tychach były jakieś szanse, w Katowicach Ligocie jakieś dwie – trzy osoby. I koniec. Owszem, było kilku takich, którzy, najczęściej przez okno zostali wepchnięci z zewnątrz przez zawiedziony tłum w Katowicach. Kropla w morzu potrzeb. Fotele, miejsca na korytarzu, na półkach, w ubikacjach zostały rozdane już znacznie wcześniej. Największą sztuką było potem to, że jak pociąg przyjechał do Łeby to wszyscy współpodróżni byli… znajomymi. I to nie tak jak na Facebooku. Prawdziwymi. Co prawda, pierwsze godziny to znajomość głosowa, dopiero potem na peronie poznawaliśmy się wzrokowo. Potem gdy spotykaliśmy się na ulicy czy w knajpie podczas pobytu nad morzem wszyscy mieliśmy przyszytą jedną łatkę „no nie wiesz, to ci z pociągu”. Coś na wzór dzisiejszej aplikacji.

Z powrotem. Zawsze było tak, że ilość pogłowia ludzkiego wracającego do domu po pobycie nad morzem był mniejsza od liczebności ekipy jadącej na wypoczynek. Różne były powody – brak kasy, za dużo kasy i np. wyjazd jeszcze gdzieś, zamiast do domu, kurs za poznaną na plaży dziewczyną. Więc w Łebie planując podróż powrotną nie było takiego ciśnienia jak podczas wyjazdu z domu. Były jednak takie dni, że sytuacja nie odbiegała zasadniczo od tej „katowickiej”. I walkę o byt trzeba było stoczyć drugi raz. Ale i tu był haczyk. To, co jechało jako pośpiech do Bielska, z racji braku miejsc ;postojowych zjeżdżało rano jako osobówka do Lęborka i tam było czyszczone. Potem późnym popołudniem, kwadrans przed odjazdem na południe kraju, meldowało się jako w Łebie jako osobówka z Lęborka.

Analogicznie więc jak w przypadku Bielska-Białej, jechało się do Lęborka gdzie skład rezydował za dnia i tam zajmowało się miejsca. Była jedna zasadnicza różnica. O tym, że trzeba jechać pod Szyndzielnię żeby wsiąść do pociągu nad morze wiedzieli wszyscy. Ale o tym, że wystarczy dostać się do Lęborka, by tam metodą bardzo skrupulatnej eliminacji wybrać sobie najlepsze miejsce jakie się tylko chciało wiedziało niewielu. Potem gdy w Łebie trwała bezwzględna walka o możliwość zabrania się pociągiem, oglądało się to z perspektywy widza. I to takiego co wykupił najlepsze miejsca.

Dzisiaj, gdyby w takich warunkach w jakich wtedy podróżowało się przez 12 i więcej godzin, odbyłaby się choć jeden kolejowy kurs, to medialnych wichrzycieli sensacji, mikrośledczych i innych średnio ogarniętych na umyśle przygniotłyby żółte, czerwone i jeszcze inne telewizyjne paski z potężnymi literami SKANDAL i tysiącem wykrzykników potem. Pani Grażyna (48l. – „przerażona bo w pociągu byli ludzie„) ze łzami w oczach krzyczałaby, że ona coś takiego pierwszy raz widzi i że napisze, zadzwoni ze skargą gdzie się tylko da. A winnych należy powiesić.

Nie potrafię po tylu latach zrozumieć, że wtedy nie widziałem w tych wariackich podróżach nic nadzwyczajnego. Więcej, było to po prostu świetne. Dzisiaj, jedziemy do Łeby czeskimi wagonami, mamy swoje miejsce. Pełna kontrola sytuacji. Takie to wszystko poukładane. Dla mnie chyba za bardzo. Wiem, że nie ma powrotu do tamtych warunków, ale gdyby tak wszystko co mnie otacza było tak przewidywalne, jak wbrew pozorom i żółtym paskom, jest dla mnie na kolei, to nasze życie byłoby o wiele spokojniejsze i płynniejsze.

Jerzy Gościński

ppz: Takie zestawienie w latach 80-tych ubiegłego wieku pociągu z naszego regionu nad Bałtyk z pewnością nie wystarczyłoby do zabrania wszystkich chętnych

7 komentarzy

  1. Niestety świat się zmienił. Ludzie o wiele częściej niż dawniej wybierają samochody bo to po prostu wygodniejsze i odmówić im tego nie można. Tyle nowych dróg mamy, pojazd posiada chyba każda rodzina, a wiadomo że wiele osób woli podjechać autem pod sam ośrodek czy pensjonat niż iść do niego czasami kilka kilometrów z dworca. Co więcej, wiele jest miejsc turystycznych w Polsce, czy to nad morzem, czy na Mazurach, czy w Sudetach czy też np. w Bieszczadach gdzie kolej po prostu nie dociera albo oferta jest strasznie uboga. Pozostaje więc jedynie „utrzymać” to co jest, tzn. dbać o infrastrukturę, wychodzić z ofertą dostosowaną do turystów i zapewnić ewentualne skomunikowania z innymi pociągami/autobusami, a na pewno nie jeden zdecyduje się na wczasy pociągiem. Można też pomyśleć o przywróceniu połączenia z turystycznymi miejscowościami gdzie kiedyś było (np. Karpacz, Świeradów, Mikołajki, Ustrzyki). Ale grunt to nie zaniedbać tego co jest, a może choć trochę uda się nawiązać do tych starych dobrych czasów…

  2. Zgadzam się w 100%, że najważniejsze to: ” „utrzymać” to co jest, tzn. dbać o infrastrukturę, wychodzić z ofertą dostosowaną do turystów i zapewnić ewentualne skomunikowania z innymi pociągami/autobusami, a na pewno nie jeden zdecyduje się na wczasy pociągiem.”

  3. Na wakacje ZAWSZE się wybieram pociągiem ( pociąg to takie coś co posiada przedziały i okna które można otworzyć), samolotem lub statkiem. Te wszystkie pierdolina powiny zniknąć z torów definitywnie

  4. Jeździłem z Częstochowy tym pociągiem do Łeby i znalazłem wolne miejsca!. Pamiętam, któregoś roku (komuna☺) w drodze powrotnej na dworcu Częstochowa-Stradom o 5 rano -witała przyjezdnych (i kolonistów) orkiestra dęta zakładów lniarskich, super!

  5. Kolej sama odpycha i doluje pasazera. Maj i Wrzesien to okresy kiedy jeszcze nie, i juz po – lecie ale ciagle zdarzaja sie niedociagniecia i anomalia. w PKP-IC obowiazkowa rezerwacja nie zapewnia komfortu jazdy Dublowane miejsca ( Kto pierwszy ten siedzi) Bilet kupiony w Internecie badz w okienku kasowym powtarza sie. Kierownik Pociagu, Konduktor , Rewizor czy jak ich tam nazywaja zawsze rozladuje sytuacje mowiac; Prosze zabrac bagaze aby nie tarasowac korytarza i z pierwszego wagonu za lokomotywa przeniesc sie do ostatniego. Tam nalezy zajac co jest wolne , a jesli sie znowu powtorzy podwojna rezerwacja , to ci wsiadajacy w drugiej turze musza prosic o pomoc podany nizej personel pociagu, i dostanie podobna porade. Taka KWADRATURA KOLA KOLEJOWEGO!!

  6. Pingback: Zombie ekspres

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *