Kolej kobiecym okiem, czyli jak zostałam rzecznikiem KŚ

Dzisiaj kolejna nowość. Nie felieton, bo on już funkcjonuje od pewnego czasu. Mamy na karku już grubo ponad 3000 artykułów, ale nie zdarzyło się by jego autorem była kobieta. A przecież choćby w samych Kolejach Śląskich panie to spora grupa pracowników. W pociągach, nie mówiąc już o administracji. Jedną z nich jest Magdalena Iwańska, rzecznik prasowy KŚ. Poprosiliśmy ją,  a ona się zgodziła, by opisała nam jak wygląda całe to nasze kolejowe podwórko z punktu widzenia płci pięknej.


Wypada chyba zacząć od tego, że tytuł tego tekstu jest dosyć przewrotny – bowiem pomimo tego, że znakomitą większość tych pracowników, którzy są najbliżej transportu kolejowego, jak np. maszyniści czy pracownicy techniczni (choć w Kolejach Śląskich jest np. kobieta-rewident) stanowią mężczyźni, to nie zauważam zbyt dużych różnic w podejściu do tej pracy od strony „słabszej płci”. Z pewnością więcej problemów sprawiało mi (i sprawia nadal) rozeznanie się w różnego rodzaju zagadnieniach technicznych, ale tutaj odnoszę wrażenie, że koledzy mają dla mnie jako kobiety (w dodatku o kolorze włosów znanym z dowcipów) więcej cierpliwości i tłumaczą „jak krowie na miedzy” co i jak.

No dobrze, ale od samego początku, czyli skąd się wzięłam w kolejach? Cóż, jak to często bywa, zadecydował przypadek – dotychczasowa praca dawała się już na tyle we znaki, że zaczęłam rozglądać się za czymś innym, gdy zgłosił się do mnie ówczesny rzecznik KŚ w sprawie rekrutacji do biura prasowego. Nie ma co ukrywać, że do tego momentu kolej kojarzyła mi się jedynie z licealnymi wypadami na Woodstock oraz wycieczkami do Wisły i Krakowa. Początki powodowały zatem zawrót głowy i niemalże łzy w oczach. Pamiętam, że jednym z pierwszych zadań było ogarnięcie jakie mamy rodzaje taboru, siedziałam więc i wkuwałam, że długi elf to 27WEb, był wyprodukowany przez Pesę i ma tyle a tyle członów, a krótki Impuls to…, a tego mamy tyle, a tamtego tyle… Nie mówiąc już o plikach z obiegami, które wtedy wydawały się czarną magią! Z perspektywy czasu wydaje mi się to dosyć zabawne, gdy od razu rozpoznaję, jaki pojazd akurat przejeżdża. Co więcej, nie da się zwalczyć tego nawyku, stąd podczas wakacji na drugim końcu Polski stojąc na przejeździe też zastanawiam się co akurat przejeżdża.

Ale taka już chyba specyfika tego zawodu, że nigdy nie jest się całkiem „po pracy”. Po pierwsze wynika to z tego, że nigdy nie wiadomo, kiedy na torach wydarzy się coś niespodziewanego. W sytuacjach awaryjnych zdarzają się zatem pobudki o trzeciej w nocy, gdy np. zderzenie pociągów towarowych zablokuje linię S1 i trzeba informować, że dojazd do Katowic nie będzie możliwy. Natomiast drugi aspekt to taki cichy głosik, który zawsze gdzieś brzmi z tyłu głowy… Jeśli jadę pociągiem (a dojeżdżam codziennie do pracy i z powrotem), to przejmuję się, gdy pociąg się spóźnia, gdy jest brudny, gdy ludzie są z jakiegoś powodu niezadowoleni. Chociaż bezpośrednio zazwyczaj nie mam wpływu na te czynniki, to mam jednocześnie świadomość, że to właśnie mnie przyjdzie się tłumaczyć ze wszystkich uchybień. Dodajmy do tego, że niekoniecznie są to rzeczy, które w ogóle zależą od naszej spółki. Bardzo często opóźnienia wynikają np. z sytuacji na torach, do których musimy się dostosować – dla podróżnych i mediów liczy się jednak efekt finalny, czyli to, że pociąg nie przyjechał o danej godzinie.

Ale o ile powyższe można uznać za minusy, to praca rzecznika ma też oczywiście swoje plusy. Przede wszystkich jest to fakt, że ma się do czynienia z pracą, w której trudno się nudzić. Choć mogłoby się wydawać, że miało się do czynienia już z każdym rodzajem pytań ze strony dziennikarzy, to zawsze zdarzy się takie, które przeczy temu przekonaniu. Do tego praca w takim zawodzie daje niepowtarzalną okazję do tego, by „od podszewki” poznać jakąś branżę – we wcześniejszym życiu nigdy bym nie przypuszczała, że będę tyle wiedzieć na temat kolei! (przy okazji również moja rodzina i przyjaciele są non stop edukowani w tym temacie). Niestety, pod tym względem bardzo mało osób ma świadomość, jak skomplikowany jest system funkcjonowania transportu kolejowego. Ot, dla wielu fakt, że pociąg nie odjeżdża ze stacji to wina maszynisty (wtedy zazwyczaj pomaga prosty przykład, że to trochę tak, jak by oczekiwać od kierowcy autobusu, że ruszy na czerwonym świetle). Zdarza mi się też czytać w Internecie teksty, że pociąg Kolei Śląskich nie przyjechał na czas, bo… zepsuła się lokomotywa.

Podsumowując, jak w każdym zapewne zawodzie, tak i tutaj są „blaski i cienie”. Niewątpliwie wymaga on dużo spokoju i cierpliwości, a nierzadko również stalowych nerwów. Ale jednocześnie daje również dużo satysfakcji, doświadczenia i możliwości spotkania wyjątkowych ludzi.

Magdalena Iwańska (Koleje Ślaskie)

5 komentarzy

    1. Absolutnie się z Panem zgadzam – i nigdy nie miałabym śmiałości się tak tytułować

    2. Co za bezsensowny komentarz… Proszę podać definicję „w pełni prawdziwego kolejarza”! Równie dobrze można napisać, że dużo Pani/Panu brakuje żeby stać się prawdziwym pasażerem :)))

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *