Cicha katastrofa

– Dziś, 5 marca, mija kolejna rocznica katastrofy kolejowej, o której daremnie szukać informacji w książkach do historii. Dekady była ukrywana, teraz tajemnica wspierana jest przez śmierć, która zabiera ze sobą kolejnych świadków. Ale udało nam się dotrzeć do mieszkanki Boguszowa-Gorc, ona razem z przyjaciółką jechała pociągiem, w którego tył w marcowy poranek uderzył w pełnym pędzie drugi pociąg osobowy. Oddajemy jej głos i prosimy o kontakt inne osoby, które mają wiedzę na temat tej tragedii, by wreszcie trafiła ona na karty wałbrzyskiej historii – pisze Elżbieta Węgrzyn w artykule opublikowanym kilka godzin temu na portalu https://walbrzych.dlawas.info. Za jej zgodą publikujemy fragment i kilka zdjęć z tego doskonałego dzieła, opisującego tragiczne zdarzenie w Wałbrzychu, o którym do tej pory mówiło się niewiele bądź wcale…

Marsz śmierci

5 marca 1954 roku około godziny 5 rano, maszynista warszawskiego pociągu do Jeleniej Góry przejeżdżającego przez stację Wałbrzych Główny, zaczął zatrzymywać pociąg tuż za dworcem. Przeczucie mówiło mu, że musi to zrobić. Impuls ten potwierdzał niecodzienny widok tłumu ludzi idących wzdłuż torów w kierunku budynku dworca Wałbrzych Główny. Były to osoby poranione, przerażone, niesiono też rannych i zabitych, ktoś płakał, inny wzywał pomocy lub nawoływał bliskich uwięzionych pod zwałami powyginanej stali zmiażdżonej lokomotywy i wagonów.
Gdyby maszynista nie zareagował na czas i zatrzymany przez niego pociąg pojechał dalej, zginęłyby kolejne osoby, które cudem uniknęły śmierci podczas zderzenia pociągów. Jak wspomina uczestniczka tego zdarzenia, rannych razem z tragicznie zmarłymi układano na ziemi przy i na torach. Jedną z osób poszkodowanych w tej katastrofie kolejowej była pani Barbara.

– To było w marcu 1954 roku, byłam wtedy panienką, miałam 17,5 roku, jako że urodziłam się we wrześniu 1936. Nazywałam się Kleczkowska – wspomina pani Barbara, urodzona w Warszawie, a od 1947 roku mieszkanka Boguszowa-Gorc. 
Jako dziecko przeżyła koszmar agonii powstańczej Warszawy, po wojnie z rodziną opuściła zrujnowaną stolicę i 27 lutego 1947 roku przybyła do Boguszowa-Gorc, gdzie dorastając w trudnych czasach stalinizmu na „Ziemiach Odzyskanych” czuła się odpowiedzialna za rodzinę. Początkowo pracowała w biurze, ale pensja 700 zł nie wystarczała na wydatki młodej dziewczyny pragnącej pomóc mamie w utrzymaniu domu. – Miałam jeszcze dwóch braci, ojca przy nas nie było. Wyższe zarobki – 1 300 zł – z fabryki porcelany były dla mnie ważne – zaznacza.

Pani Barbara razem ze swoją koleżanką, młodą Niemką – Erną (obie na zdjęciu poniżej) – w ten marcowy piątek spieszyły się do pracy. Wyszły z domu przed świtem, o godz. 6 miały rozpocząć zmianę w fabryce porcelany, której ruiny do dziś stoją w dzielnicy Stary Zdrój przy dworcu Wałbrzych Miasto. – Miałyśmy z fabryki blisko do pociągu. Jadąc do pracy wsiadałam zwykle na Szybowicach Wałbrzyskich*, bo miałam tam wówczas bliżej niż do dworca w Kuźnicach. Na Szybowicach wysiadało zawsze dużo górników, a w latach 50. również starsi Niemcy dojeżdżający do pracy w „Victorii” – mówi nasza rozmówczyni. Tak było i tym razem 5 marca 1954 roku. Z pociągu jadącego z Lubawki w kierunku Wałbrzycha na Szybowicach Wałbrzyskich wysiadło wielu pracowników, a wsiadły tylko dwie pasażerki – Barbara i jej koleżanka…..

Cały artykuł przeczytacie tutaj: https://walbrzych.dlawas.info/historia/walbrzych-katastrofa-kolejowa-w-1954-jechalam-tym-pociagiem/cid,29309,a

Redakcja Silesia Info Transport przyłącza się oczywiście do apelu autorki tekstu, w którym prosi ona wszystkich, którzy mają jakąkolwiek wiedzę na temat tej katastrofy o kontakt – adres e-mail: katastrofa.walbrzych.1954@wp.pl

Jerzy Gościński

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *