Transport to nie całe zło

  • Czasy mamy trudne. Obojętne, jakie jest nastawienie każdego z nas do pandemii, to jednak nie sposób przejść obojętnie obok sytuacji, gdy jakieś środowisko zamiast starać się by zabezpieczyć wszystko jak najlepiej w swoim obszarze kompetencji, z góry i z pełnym przekonaniem obwinia inne o to, że to właśnie stamtąd grozi nam największe niebezpieczeństwo.

Gdy zaczynał się rok szkolny to dyrektorzy katowickich placówek oświatowych za pomocą mediów wystosowali apel do rodziców, szczególnie tych, których dzieci dojeżdżają do stolicy województwa, by w jak największym stopniu ograniczyć korzystanie z transportu zbiorowego. Najeździłem się w ostatnich latach pociągami Kolei Śląskich do bólu (dosłownie) i wiem, że jeszcze w normalnych warunkach, z każdego pociągu przyjeżdżającego do Katowic przed godziną ósmą wysiadała masa ludzi z miejscowości oddalonych nawet o 50 kilometrów od stolicy województwa, którzy przyjeżdżali tu do pracy czy szkoły

Z Myszkowa z jednej, z Orzesza czy Rybnika z drugiej czy nawet gdzieś zza Bielska-Białej jeszcze z innej strony, I co? W związku z obawami szefów katowickich szkół codziennie z tych miejscowości miały jechać od września tabuny samochodów rodziców wiozących swoje pociechy do stolicy województwa. Przecież na pewno przy doborze placówki większość tych rodziców brała pod uwagę dostępność komunikacji zbiorowej w pomocy w dotarciu do niej. Co więcej, uważam, że możliwość szybkiego dojechania pociągiem czy autobusem była jedną z decydujących przesłanek przy wyborze danej szkoły. Bo co? Jeździć łącznie 100 km dziennie by zawieźć dzieciaka? Absurd. A co z tymi co samochodów nie mają? Nie zapisywać pociechy do tej szkoły?

W pierwszych dniach kwarantanny rozmawiałem z wieloma pracownikami KŚ, szczególnie tymi z obsługi pokładowej. Owszem, bali się (wtedy tak naprawdę nikt nie wiedział czego, więc wszystkiego) ale nikt nie zdezerterował z żadnej służby. Choć po każdej zmianie zastanawiali się czy to nie dziś? Okazało się, że nikt z moich znajomych podczas pracy w pociągu się nie zaraził. A jestem przekonany, że były kursy, którymi z pewnością jechali pasażerowie, którzy tego wirusa mieli bądź byli jego nosicielami. Sam podróżowałem od tego czasu wielokrotnie. I koleją i komunikacją miejską. Zdecydowanie stosowałem się to tych zasad i uważam, że podjęte działania zabezpieczające sprawiły, że nie były to dla nas miejsca najniebezpieczniejsze w przestrzeni, w której bez względu na wszystko, musimy obecnie funkcjonować.

Dyrektorzy bojący się pociągów, autobusów i tramwajów pracowali wtedy w trybie zdalnym. Za pomocą komputerów, bo zajęcia zostały zawieszone. Ruch pociągów i komunikacji miejskiej nie. Choć z powodu kwarantanny ilość podróżnych drastycznie spadła. Bo nie było gdzie jeździć. Lotnictwo do tej pory nie potrafi się pozbierać a na kolei czy w miejskich przedsiębiorstwach komunikacyjnych lizanie ran trwa do tej pory. I znów pewno odradzające się trendy do korzystania ze zbiorkomu zostaną powstrzymane. Liczba zachorowań dramatycznie wzrosła. Jednak wiadomo już, że przyczyna takiej eksplozji nie jest związana z transportem publicznym. Nie neguję wprowadzonych wczoraj restrykcji bo wygląda na to, że jesteśmy w krytycznym momencie starcia z główną przypadłością świata w roku 2020.

I dlatego zrzucanie zła wszelakiego na transport zbiorowy i jego pracowników jako potencjalnych roznosicieli wirusa jest sporym nadużyciem. A może nawet zrzucaniem odpowiedzialności przed własnym strachem. I już nawet zapomniałem o tym apelu katowickich dyrektorów ale kilka dni temu w jednym z czołowych krajowych kanałów telewizyjnych pokazali jednego z ekspertów, który prosił z lękiem, wzbogaconym elementami paniki, o radykalne unikanie zbiorkomu. No nie, nie wytrzymałem. Przecież w pociągu czy autobusie istnieje takie samo prawdopodobieństwo zarażenia się wirusem jak w sklepie czy aptece. O wiele łatwiej zrobić to natomiast na dużych imprezach rodzinnych i towarzyskich i właśnie w szkołach.

Tak naprawdę czy uda się nam uniknąć zakażenia zależy w bardzo dużym stopniu tylko i wyłącznie od nas samych. Plus, aktualnie, od pewnej dozy szczęścia. Rozmawiałem kilkanaście tygodni temu również z kilkoma osobami pracującymi w oświacie. Takimi zwykłymi. Nie dyrektorami. Też się bali września. I dla mnie było to zrozumiałe. Ale każdy z nich wiedział już wówczas, że jeśli nawet wirus ma pojawić się w ich placówce, to byli świadomi, że nie przyjedzie tam pociągiem ani tramwajem.

JG

Zdjęcia: Tymoteusz Muszala

One comment

  1. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że w naszym kraju transport zbiorowy jeszcze przed pandemią był przysłowiowym chłopcem do bicia. Czy zasłużenie ? W pewnej części tak, ale głownie z powodu nietrafionych lub spóźnionych decyzji rządzących. To, że w tym kraju ta forma transportu podniosła się z kolan to duże osiągnięcie, ale trzeba sobie też zdawać sprawę, że przy tak dużej dostępności środków transportu indywidualnego znacznie wzrosły oczekiwania potencjalnych pasażerów co do jakości obsługi w środkach transportu zbiorowego.
    Pandemia spowodowała to, ze staramy się ograniczać kontakty, a na takie chcąc nie chcąc narażamy się w transporcie zbiorowym. Chylę czoła przed wysiłkiem firm świadczących usługi transportu zbiorowego takich jak nasze KŚ na rzecz minimalizacji ryzyka rozprzestrzeniania się wirusa w pociągach. Pytanie czy nie można zrobić więcej, np. w sferze organizacji?
    Z moich obserwacji pasażera KŚ parę dni w m-cu wynika, że tak, np. maseczki. Z tego co zauważyłem to konduktorzy KŚ nosili zwykłe maseczki jednorazowe, często zasłaniające tylko usta.
    Obsługujący pociągi powinni być wyposażeni w profesjonalne maseczki, które z jednej strony są będą ich skuteczniej zabezpieczać, a z drugiej będą mniej męczące, dzięki czemu będą mogli czuć się swobodniej i częściej przechodzić po składzie. Z tego co zauważyłem tego bieżącego wglądu w sytuację w składzie brakuje. Takie wnioski można wyciągnąć w sytuacji gdy pojawiają się w składzie pasażerowie, którzy nie stosują się do wymogów np. noszenia maseczek, a mija 15 min. 30 min a nikt z obsługi się nie pojawia, żeby na to zareagować mimo, że skład jest gęsto okamerowany. Współpasażerowie, szczególnie starsi w takich sytuacja czują się niekomfortowo, bo są osobami podwyższonego ryzyka. Takie złe doświadczenia idą w eter i potwierdzają obiegowe opinie, że lepiej unikać transportu zbiorowego.
    Obecnie dostępne rozwiązania techniczne nie gwarantują bieżącej eliminacji wirusów z przestrzeni pasażerskiej, dlatego tak ważny jest wymóg zasłaniania otworów oddechowych.
    Nowinką techniczną w tej dziedzinie, która może to bezpieczeństwo znacząco poprawić, jest lampa UV opracowana w Japonii, która niszczy wirusy nie szkodząc ludziom. Informacja dostępna na stronie: https://www.rp.pl/Covid-19/200929844-Pierwsza-taka-lampa-UV-Zabija-wirusa-nie-szkodzi-ludziom.html
    Wynika z niej, że urządzenie dezaktywuje 99 % wirusów i bakterii w ciągu 6 – 7 minut w powietrzu i na powierzchni ok. 3 m2 i obiektach znajdujących się 2,5 m od lampy. Gdyba takie lampy zamontować pod sufitem w wagonach to można było reklamować podróż nimi jako zdrowotną, ponieważ rozwiązywałoby to nie tylko obecny problem pandemii, ale również problem wirusów grypy itp.
    Na razie to urządzenie jest dość drogie bo kosztuje prawie 3 tys.USD. Szacunkowy koszt wyposażenia w takie lampy jednego 4-ro członowego składu (11 * 4 * 3 * 4) wyniosła by ok. 0,5 mln PLN. To dużo, ale wydatek na pewno by się zwrócił.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *