W krainie lodu

W związku z uruchomieniem przez Koleje Śląskie połączeń Rybnik – Bielsko-Biała na krótki czas przez Strumień i Chybie z pominięciem Pszczyny wybraliśmy się wczoraj bardzo wczesnym rankiem, by zobaczyć jak to działa. Na testy wybraliśmy pociągi nr 44400 relacji Bielsko-Biała – Racibórz i nr 44450 Chałupki – Bielsko-Biała. Zaczynaliśmy w Czechowicach o 5.28, przejazd do Rybnika i stamtąd powrót o 6.37. Życie dopisało jednak dodatkowy, niezbyt oczekiwany i miły temat.


Już jak jechaliśmy z Katowic pierwszym pociągiem do Czechowic-Dziedzic (nr 94803, do Żywca) to nasz złoty elf spod pantografu „świecił” niczym lampy stroboskopowe na koncercie grupy Slayer. Ale dał radę i na miejsce przesiadki dojechaliśmy o czasie.  Na drogach sprawy mają się tak, że jak drogowcy po opadach śniegu należycie nie przygotują drogi to stają się ofiarą żartów o zaskoczeniu. Wczoraj nie spadł ani jedne płatek śniegu, ale zagrożenie zaskoczyło(?) z innego kierunku i administratorzy sieci trakcyjnej z PKP Energetyka nie zachowali należytej czujności. Tylko tu do żartów było daleko.

Z Czechowic do Chybia w porządku. Ale po wjeździe na odnowioną linię 157 się zaczęło. Nasz malutki 34WEa z trudem pokonywał kolejne metry, jednostką szarpało niemiłosiernie, kasłał się i dusił. I w końcu zaczęły się „resety”. Okazało się, ze dawno tamtędy nie jechał żaden pociąg i szron osiadł na drutach, co skutecznie blokowało pobór prądu przez jednostkę. Zresztą jego późniejsze oddawanie też. Przymusowe postoje, jazda 30 – 40 km/h na godzinę do Rybnika. Jak się okaże na miejscu, do tego czasu konieczność ponownego załączenia pociągu czekała obsługę cztery czy pięć razy. Efekt? Opóźnienie 20 minut, konieczność „wstrzymania” w Rybniku na kilka minut  pociągu do Katowic, bo naszym pokładzie były osoby, które zamierzały właśnie nim kontynuować podróż

W Rybniku mieliśmy mieć ponad kwadrans do pociągu „powrotnego”. Tymczasem pozostało przejście na drugą strone peronu i też tiktakiem (KŚiowa nazwa jednostki 34WEa) trzeba było rozpoczynać powrót bo czas naglił. Tym razem nie udało się dojechać do Szczejkowic. Kilkaset metrów przed peronami klops. I to kilkuminutowy. Drugi raz to samo za Żorami. No i ta magiczna prędkość 20-30 km/h. Jeśli w ogóle dało się jechać. W Strumieniu mieliśmy być według planu o 7.02. Byliśmy o 7.30. 34WEa ma swoje wady. Ale jak do samochodu się nie naleje paliwa to też nie pojedzie. A tu paliwo było w drucie owiniętym warstwą szronu. Czyli go nie było. Pomijamy tu takie czynniki jak irytacja podróżnych, wynikające z takiego rozwoju sytuacji spóźnienia do pracy czy szkoły, brak skutecznej próby skomunikowania połączenia z innymi kursami. Bo to się zdarza zawsze. Bez względu na przyczynę.

Wczoraj rano były -2 stopnie Celcjusza. Tylko. Ale wyszło, że aż. Strach pomyśleć gdyby wskaźnik termometru spadł jeszcze kilka punktów niżej. A mamy początek października. Czy czeka nas powtórka z rozrywki, gdy temperatura znów spadnie kilka stopni poniżej zera w noc po wilgotnym dniu? Nam najbardziej przypadły do gustu, gdy po południu sprawdziliśmy na aplikacjach PKP PLK, powody porannych opóźnień pociągów, którymi jechaliśmy. Otóż napisano tam, że były to „złe warunki atmosferyczne”…

Do sprawy kilkudniowego jeżdżenia pociągów pasażerskich przez Strumień wrócimy niebawem. Jak warunki atmosferyczne się poprawią…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *